[ Pobierz caĹoĹÄ w formacie PDF ]
Joe Alex    Cicha jak ostatnie tchnienie  Maciej SĹomczyĹski Któş z nas, ĹźyjÄ
cych, rzec moĹźe: âDostrzegĹem ĹmierÄ, gdy wchodziĹa. Wiem, ktĂłrÄdy wyszĹa PozostawiajÄ
c za sobÄ
milczenie.â? Zna ĹmierÄ tysiÄ
ce drzwi najrozmaitszych, KtĂłrymi w dom nasz wchodzi bez przeszkody, A nie powstrzyma jej zamek przemyĹlny, Zasuwa krzepka ani wierne straĹźe, GdyĹź przymknÄ
Ä umie przez, mury i kraty, Ĺladu Ĺźadnego nie pozostawiajÄ
c, Zimna, tajemna i nieunikniona, Mroczna i cicha jak ostatnie tchnienie.  George Crosby â w. XVII,. âMedytacja moja o narodzinach i Ĺmierciâ I âMorderstwo? To byĹoby zbyt piÄkne!â Pani Sara Quarendon przystanÄĹa i rozejrzaĹa siÄ. â Nie widzÄ psĂłw â powiedziaĹa. â Nie powinny odbiegaÄ od nas tak daleko. MogÄ
kogoĹ przestraszyÄ. IdÄ
cy za niÄ
Melwin Quarendon zbliĹźyĹ siÄ i takĹźe przystanÄ
Ĺ. â Co powiedziaĹaĹ? OdetchnÄ
Ĺ gĹÄboko i siÄgnÄ
Ĺ do kieszeni po chusteczkÄ. ByĹ czĹowiekiem otyĹym, a wijÄ
ca siÄ polami ĹcieĹźka, po ktĂłrej szli, piÄĹa siÄ ku szczytowi Ĺagodnego wzgĂłrza. â Nie widzÄ psĂłw â powtĂłrzyĹa jego Ĺźona. â Czy moĹźesz je przywoĹaÄ? â OczywiĹcie. Pan Quarendon zaczerpnÄ
Ĺ tchu i wydaĹ z siebie ostry, przenikliwy gwizd. PrzesunÄ
Ĺ oczyma po dalekim, przecinajÄ
cym pola ĹźywopĹocie, od ktĂłrego oderwaĹy siÄ dwie szare, niskie sylwetki i ruszyĹy ku niemu rosnÄ
c szybko w oczach. Po chwili byĹy tuĹź przy stojÄ
cych i znieruchomiaĹy wpatrzone w twarz pana, dwa potÄĹźne, pĹowe wilczury. â Tristan! â powiedziaĹ pan Quarendon Ĺagodnie i wyciÄ
gnÄ
Ĺ rÄkÄ. Jeden z wilczurĂłw podszedĹ i dotknÄ
Ĺ ciemnym, wilgotnym nosem jego palcĂłw, a później przysiadĹ na zadzie spoglÄ
dajÄ
c wyczekujÄ
co w gĂłrÄ. â Izolda! Drugi pies podszedĹ i wszystko powtĂłrzyĹo siÄ tak dokĹadnie, jak gdyby caĹa ta scenka naleĹźaĹa do jakiegoĹ tajemnego rytuaĹu ĹÄ
czÄ
cego te trzy Ĺźywe istoty. Ĺťaden z psĂłw nie spojrzaĹ nawet na stojÄ
cÄ
tuĹź obok kobietÄ. â IdĹşcie teraz za nami! â powiedziaĹ pan Quarendon i ruszyĹ w kierunku szczytu wzgĂłrza. Psy odczekaĹy krĂłtkÄ
chwilÄ i weszĹy na ĹcieĹźkÄ. â Melwin⌠â powiedziaĹa pani Quarendon pĂłĹgĹosem, jak gdyby chciaĹa, Ĺźeby psy nie dosĹyszaĹy tego, co ma powiedzieÄ. â Tak, kochanie? â Chwilami przeraĹźa mnie to. ZachowujÄ
siÄ, jakby umiaĹy po angielsku, ale tylko wtedy, kiedy ty do nich mĂłwisz. â Nie chcesz chyba, Ĺźeby reagowaĹy na rozkazy obcych ludzi? Nie po to je mam. Czy wolaĹabyĹ, Ĺźeby towarzyszyĹ nam na spacerze mĹody czĹowiek o szczÄce boksera, ubrany nawet podczas najwiÄkszego upaĹu w luĹşnÄ
marynarkÄ kryjÄ
cÄ
w olstrach pod pachami dwa ogromne pistolety? â Ale czy to naprawdÄ konieczne? Nie jesteĹ przecieĹź politykiem. â Ale jestem bardzo bogaty. Pan Quarendon szybko otarĹ spocone czoĹo i spojrzaĹ w kierunku grzbietu wzgĂłrza, ktĂłry wydaĹ mu siÄ rĂłwnie odlegĹy jak przed kwadransem. â Jestem bardzo bogaty i coraz starszy. Czy musimy dojĹÄ aĹź tam? â Musimy! â powiedziaĹa dobitnie jego Ĺźona. â Nie jesteĹ jeszcze stary, ale tyjesz. Gdyby nie ja, nie zrobiĹbyĹ z wĹasnej woli nawet dwustu krokĂłw dziennie. WszÄdzie ciÄ dowoĹźÄ
. Te przeklÄte samochody skracajÄ
ci Ĺźycie. Zapytaj doktora Harcrofta. Potwierdzi kaĹźde moje sĹowo. PowiedziaĹ mi, Ĺźe jeszcze nie masz prawdziwych kĹopotĂłw z sercem, ale moĹźesz mieÄ, jeĹźeli nie bÄdziesz chciaĹ zmieniÄ trybu Ĺźycia. Nie jestem jednak pewna, czy to, co robisz, moĹźna w ogĂłle nazwaÄ trybem Ĺźycia? Pan Quarendon rozeĹmiaĹ siÄ. PrzystanÄ
Ĺ. IdÄ
ce za nim psy przysiadĹy i uniosĹy gĹowy, wpatrzone w niego. â Czy pamiÄtasz â powiedziaĹ â jak zbieraliĹmy pieniÄ
dze na naszego pierwszego miniâmorrisa z drugiej rÄki? â WaĹźyĹeĹ wtedy szeĹÄdziesiÄ
t funtĂłw mniej niĹź teraz. Pani Quarendon pokiwaĹa melancholijnie gĹowÄ
. Lekki powiew wiatru poruszyĹ jej krĂłtko przyciÄtymi, siwymi wĹosami. â A teraz masz dwa rollsâroyceây, nie liczÄ
c sfory tych mniejszych. To byĹo czterdzieĹci lat temu⌠â urwaĹa. Znowu ruszyli. Przez chwilÄ szli w milczeniu. â ByĹem chĹopcem do wszystkiego w ksiÄgarni â powiedziaĹ nagle pan Quarendon. â Zawsze lubiĹem ksiÄ
Ĺźki. Nie czytaĹem ich poczÄ
tkowo, ale to byĹa przyjemna i czysta praca. PrzenosiĹem paczki z samochodĂłw do sklepu, później pakowaĹem towar, myĹem szyby, sprzÄ
taĹem, a w kaĹźdÄ
sobotÄ chodziliĹmy do kina. A później wziÄliĹmy Ĺlub i byĹem tak samo szczÄĹliwy jak dziĹ. MoĹźe nawet szczÄĹliwszy, bo dzieĹ i noc marzyĹem, Ĺźeby zdobyÄ to, co mamy dzisiaj. Pani Quarendon uĹmiechnÄĹa siÄ, ale nie dostrzegĹ tego, gdyĹź szedĹ za niÄ
. â Melwin, nie okĹamuj mnie! RozeĹmiaĹa siÄ nagle. Jej Ĺmiech nie byĹ Ĺmiechem siwej, starzejÄ
cej siÄ kobiety. ByĹ dĹşwiÄczny i mĹody. â Nigdy dotÄ
d ciÄ nie okĹamaĹem! â powiedziaĹ pan Quarendon z przekonaniem tym wiÄkszym, Ĺźe natychmiast w umyĹle jego zaczÄĹy pojawiaÄ siÄ bardziej lub mniej zamglone twarze dziewczÄ
t i kobiet, ogniwa ĹaĹcucha jego mniejszych i wiÄkszych win, o ktĂłrych na szczÄĹcie nie wiedziaĹa i nigdy siÄ nie dowie, jeĹli to bÄdzie w jego mocy. SpowaĹźniaĹ nagle, ale jego Ĺźona nie zauwaĹźyĹa tego. â Nie myĹlÄ o Ĺźadnych wielkich kĹamstwach â Sara Quarendon machnÄĹa rÄkÄ
nie odwracajÄ
c siÄ i nie zwalniajÄ
c kroku. â PowiedziaĹeĹ przed chwilÄ
, Ĺźe marzyĹeĹ wtedy o tym, co masz dziĹ. To nieprawda, albo, jeĹli chcesz, to nie caĹa prawda, bo marzysz bez przerwy! Nie przestajesz marzyÄ ani na chwilÄ, chociaĹź inny czĹowiek na twoim miejscu uznaĹby, Ĺźe osiÄ
gnÄ
Ĺ juĹź doĹÄ sukcesĂłw jak na jedno krĂłtkie ludzkie Ĺźycie. â Zaczekaj â powiedziaĹ Melwin Quarendon. PrzystanÄli. Psy przysiadĹy. Grzbiet wzgĂłrza wydaĹ mu siÄ, na szczÄĹcie, o wiele bliĹźszy. OdetchnÄ
Ĺ gĹÄboko. â Nie wolno przestaÄ marzyÄ â przytaknÄ
Ĺ sobie zdecydowanym ruchem gĹowy. â Bo co pozostanie? CzĹowiek, ktĂłry pracowaĹ przez caĹe Ĺźycie, jakÄ
radoĹÄ moĹźe znaleĹşÄ w tym, Ĺźe nagle pewnego dnia przestanie pracowaÄ tylko dlatego, Ĺźe zarobiĹ bardzo wiele pieniÄdzy? PieniÄdzmi mierzy siÄ sukces, ale same pieniÄ
dze nie sÄ
sukcesem. ZarobiÄ milion, kiedy ma siÄ sto milionĂłw jest Ĺatwiej niĹź zarobiÄ sto funtĂłw, kiedy ma siÄ dziesiÄÄ. JuĹź wtedy, na poczÄ
tku, zrozumiaĹem, Ĺźe na kaĹźdego klienta, ktĂłry kupiĹ zwykĹÄ
powieĹÄ albo tomik poezji, wypada dziesiÄciu kupujÄ
cych nowoĹci z nieboszczykiem albo na póŠrozebranÄ
, ponÄtnÄ
, przeraĹźonÄ
dziewczynÄ
na okĹadce. Na kogoĹ, kto umiaĹby opanowaÄ ten rynek i sterowaÄ nim, czekaĹy gĂłry zĹota. Ale miaĹem dwadzieĹcia lat i ani pensa przy duszy. Stu innych, bogatych, sprytnych i przedsiÄbiorczych zajmowaĹo siÄ tym od dziesiÄcioleci. PamiÄtasz nasz pierwszy sklepik? KupowaĹem rozsypujÄ
ce siÄ ksiÄ
Ĺźki i sklejaĹem je w nocy, a ty ze mnÄ
. Sprzedawali nam je po parÄ pensĂłw mali chĹopcy, a kupowali je inni chĹopcy pĹacÄ
c pensa lub dwa wiÄcej⌠i zbieraĹem te pensy nie mĂłwiÄ
c ci, po co je zbieram. BaĹem siÄ, Ĺźe bÄdziesz protestowaĹa, pĹakaĹa, byĹaĹ wtedy w ciÄ
Ĺźy, Ryszard miaĹ przyjĹÄ na Ĺwiat. A wszystko wydawaĹo siÄ takie niepewne. ByliĹmy biedni. Jak mogĹem ci powiedzieÄ, Ĺźe chce wydrukowaÄ mojÄ
pierwszÄ
ksiÄ
ĹźkÄ zanim dziecko siÄ urodzi? Szli bardzo powoli. Sara Quarendon milczaĹa. â ChciaĹem zostaÄ wydawcÄ
, a nie miaĹem nawet szylinga na zapĹacenie pierwszemu autorowi. Autora zresztÄ
takĹźe nie miaĹem ani tej wymarzonej ksiÄ
Ĺźki. A gdybym ich miaĹ, nie miaĹbym doĹÄ pieniÄdzy na opĹacenie papieru, drukarni i kogoĹ, kto zrobiĹby dobrÄ
okĹadkÄ⌠To dziwne, ale wiedziaĹem, jak ma wyglÄ
daÄ ta okĹadka, chociaĹź byĹo to zupeĹnie bez sensu, skoro nie znaĹem treĹci ksiÄ
Ĺźki⌠WiedziaĹem teĹź, jak ma siÄ nazywaÄ wydawnictwo. QUARENDON PRESS! Tak, Saro. UsypiajÄ
c marzyĹem o tym, Ĺźe ta nazwa znana bÄdzie nie tylko w Londynie, ale w Nowym Yorku, Toronto, Melbourne, Johannesburgu, wszÄdzie na Ĺwiecie, gdzie ludzie czytajÄ
po angielsku⌠W koĹcu znalazĹem autora i ksiÄ
ĹźkÄ, a twoja matka poĹźyczyĹa nam sto funtĂłw, ktĂłre odĹoĹźyĹa sobie na staroĹÄ⌠UrwaĹ. Ĺagodny uĹmiech ogarnÄ
Ĺ jego pucoĹowatÄ
, pozbawionÄ
niemal zmarszczek twarz. Pani Quarendon przeszĹa jeszcze kilka krokĂłw i zatrzymaĹa siÄ. Byli juĹź na szczycie wyniosĹoĹci. Jej mÄ
Ĺź przystanÄ
Ĺ tuĹź obok i poĹoĹźyĹ lekko rÄkÄ na jej ramieniu. Przed nimi i za nimi rozciÄ
gaĹy siÄ w zĹotawej popoĹudniowej mgieĹce pasma niewielkich wzgĂłrz i pĹytkich dolin Kentu. Wiatr ucichĹ zupeĹnie. ByĹo bardzo ciepĹo i cicho. Melwin uniĂłsĹ dĹoĹ. WyciÄ
gniÄte ramiÄ skierowaĹ ku ĹcieĹźce, ktĂłrÄ
nadeszli, biegnÄ
cej przez okolone ĹźywopĹotami pola. OpadaĹy one ku wielkiej kÄpie starych drzew, z pomiÄdzy ktĂłrych wynurzaĹ siÄ pokryty ciemnoczerwonÄ
, prastarÄ
dachĂłwkÄ
spadzisty dach wielkiego domu. â Gdybym byĹ bĹaznem i gdybym przestaĹ marzyÄ â powiedziaĹ pan Quarendon â nazwaĹbym go mojÄ
letniÄ
rezydencjÄ
i spÄdzaĹbym tu poĹowÄ Ĺźycia. Na szczÄĹcie, wciÄ
Ĺź jeszcze nie mam na to czasu i wpadamy tu tylko na weekendy. â Melwin⌠â powiedziaĹa pĂłĹgĹosem pani Quarendon. â Co, kochanie? ZdjÄ
Ĺ rÄkÄ z jej ramienia i odruchowo pogĹadziĹ jÄ
po policzku. Później, jak gdyby zawstydzony, prÄdko opuĹciĹ ramiÄ. â Co chcesz mi powiedzieÄ? â Ja? Tobie? Dlaczego sÄ
dzisz, Ĺźe wĹaĹnie teraz miaĹbym ci powiedzieÄ coĹ nadzwyczajnego? â potrzÄ
snÄ
Ĺ gĹowÄ
. â Kobiecie, ktĂłra przeĹźyĹa z mÄĹźczyznÄ
czterdzieĹci lat, nie powinien ten mÄĹźczyzna zadawaÄ takich pytaĹ. â WidaÄ na póŠmili, Ĺźe chcesz mi o czymĹ opowiedzieÄ. Dlatego tak Ĺatwo zgodziĹeĹ siÄ na ten spacer, chociaĹź zawsze muszÄ ciÄ przekonywaÄ co najmniej przez póŠdnia. ZresztÄ
juĹź od pewnego czasu jesteĹ napiÄty i rozmyĹlasz o czymĹ. Zaraz zaczniemy schodziÄ w stronÄ domu. Joanna obiecaĹa, Ĺźe przyjedzie z dzieÄmi przed kolacjÄ
i zostanÄ
przez trzy dni. WiÄc jeĹźeli rzeczywiĹcie jest coĹ bardzo waĹźnego, o czym bardzo chcesz mi opowiedzieÄ, najlepiej bÄdzie, jeĹźeli zrobisz to teraz. â Kiedy naprawdÄ, moja droga, nie ma niczego, co⌠â Pan Quarendon urwaĹ, a później rozeĹmiaĹ siÄ. â To prawda, wiesz o mnie pewnie wiÄcej niĹź ktokolwiek na tym Ĺwiecie. Ale nie dlatego, Ĺźe przeĹźyĹaĹ ze mnÄ
czterdzieĹci lat. Wydaje mi siÄ, Ĺźe zawsze wszystko wiedziaĹaĹ. Nie zmieniĹaĹ siÄ. Nie zmieniĹaĹ siÄ, chociaĹź syn nasz mĂłwi oxfordzkim akcentem i spaceruje niedbale jak lord po dywanach gmachu QUARENDON PRESS w Nowym Yorku, a nasza Ĺliczna i delikatna jak orchidea cĂłrka jest ĹźonÄ
czĹonka parlamentu i ma osobnÄ
niaĹkÄ do kaĹźdego z moich wnukĂłw. PrzyjÄĹaĹ to wszystko, co zesĹaĹ nam los, ale na szczÄĹcie pozostaĹaĹ w duszy mĹodziutkÄ
pokojĂłwkÄ
z maĹego hoteliku, tak jak ja wciÄ
Ĺź jeszcze jestem w jakiĹ przedziwny sposĂłb zwiÄ
zany z tym chĹopcem z ksiÄgarni, ktĂłry zapraszaĹ ciÄ na lody. NauczyliĹmy siÄ mĂłwiÄ jak ludzie z innej niĹź nasza sfery, obroĹliĹmy w piĂłrka, w miliony kolorowych piĂłrek, ale gdzieĹ w gĹÄbi nic siÄ w nas nie zmieniĹo. I chwaĹa niech bÄdzie Bogu za to! Bo znaczy to, Ĺźe nie straciliĹmy jeszcze siĹy. â Masz sĹusznoĹÄ â powiedziaĹa pani Quarendon â ja teĹź tak to odczuwam. Ale czy potrzeba aĹź tylu sĹĂłw, Ĺźeby wyraziÄ to, o czym oboje dobrze wiemy? JesteĹ czymĹ podniecony, czymĹ, co ci chodzi po gĹowie. Znowu o czymĹ marzysz, prawda? â Tak â pan Quarendon odetchnÄ
Ĺ z ulgÄ
. JeĹli opowie jej o swoim projekcie, powinna uwierzyÄ, Ĺźe to jedyny powĂłd zmiany w jego zachowaniu. StĹumiĹ nagĹe westchnienie i powiedziaĹ pogodnie: â WymyĹliĹem coĹ nowego⌠â CoĹ nowego? Czy chcesz zmieniÄ QUARENDON PRESS w coĹ innego? Dlaczego, Melwinie? â Nie zrozumiaĹaĹ mnie⌠â zastanawiaĹ siÄ przez chwilÄ. Mimowolnie zaczÄli schodziÄ, idÄ
c tym razem obok siebie. Psy przez chwilÄ siedziaĹy na szczycie wzgĂłrza, a później zbiegĹy truchtem i poszĹy za nimi. â MoĹźe zacznÄ inaczej⌠â powiedziaĹ. â Cóş to jest QUARENDON PRESS? W rzeczywistoĹci to taki sam dom wydawniczy jak inne, moĹźe tylko nieco wiÄkszy. Mamy przedstawicielstwa i ksiÄgarnie na wszystkich kontynentach, podpisaliĹmy wieloletnie kontrakty z wieloma dobrymi pisarzami kryminalnymi i zarabiamy masÄ pieniÄdzy. To prawda, ale to wszystko. â A czy nie o tym marzyĹeĹ majÄ
c dwadzieĹcia lat? â To teĹź prawda. â WiÄc o co chodzi? â Chodzi o Ĺwiatowe imperium powieĹci kryminalnej! â powiedziaĹ cicho pan Quarendon i spuĹciĹ oczy wpatrujÄ
c siÄ w dmuchawce rosnÄ
ce obok ĹcieĹźki. â Nie rozumiem â powiedziaĹa jego Ĺźona. â Powiedz mi, co dokĹadnie masz na myĹli? Pan Quarendon zatrzymaĹ siÄ, zerwaĹ ostroĹźnie najbliĹźszy dmuchawiec, uniĂłsĹ go i dmuchnÄ
Ĺ. Później odrzuciĹ od siebie nagÄ
ĹodyĹźkÄ. â JeĹźeli ĹźÄ
dasz, Ĺźebym byĹ zupeĹnie szczery, nie wiem, co dokĹadnie mam na myĹli. Wiem tylko, czego bym chciaĹ⌠ChciaĹbym, kiedy bÄdÄ juĹź stary, przekazaÄ Ryszardowi firmÄ, ktĂłra byĹaby tak znana jak jej najlepsi autorzy. SĹowa QUARENDON PRESS powinny byÄ dla czytelnikĂłw tak samo waĹźne jak tytuĹy naszych ksiÄ
Ĺźek i nazwiska ich autorĂłw. Ĺwiat zna tysiÄ
ce rodzajĂłw zbrodni wielkich i maĹych, morderstwo jest stare jak Ĺwiat! IleĹź zbrodni moĹźna wskrzesiÄ, ile rozwikĹaÄ dawnych tajemnic! A dodaj do tego maĹych, wspĂłĹczesnych dyktatorĂłw i wielkie organizacje przestÄpcze! Zbrodnia jest wszÄdzie i w Ĺlad za niÄ
powinna iĹÄ QUARENDON PRESS! A Ĺwiat powinien o tym wiedzieÄ! Tego rodzaju reklamy nie prĂłbowaĹ dotÄ
d nikt! UmilkĹ i odetchnÄ
Ĺ gĹÄboko. â Ale to wymaga tysiÄcy ludzi i agencji Ĺledczej obejmujÄ
cej caĹy Ĺwiat â powiedziaĹa spokojnie jego Ĺźona. â Ĺťaden prywatny czĹowiek, Ĺźadna firma, chociaĹźby najwiÄksza, nie moĹźe nawet o tym marzyÄ. â Gdybym kiedyĹ nie marzyĹ, byĹbym do tej pory ekspedientem w ksiÄgarni. CaĹy Ĺwiat, to sprawa przyszĹoĹci, ale jak zawsze trzeba od czegoĹ zaczÄ
Ä i zobaczyÄ, co wyniknie z pierwszego posuniÄcia. Później zastanowiÄ siÄ, co dalej. Czy wymyĹliĹeĹ juĹź pierwsze posuniÄcie? â Tak. KupiĹem zamek. â KupiĹeĹ zamek? Pani Quarendon zatrzymaĹa siÄ poĹrodku ĹcieĹźki. Nagle opuĹciĹ jÄ
dystyngowany umiar, ktĂłrego mozolnie uczyĹa siÄ przez lat czterdzieĹci. â CzyĹ ty czasem nie upadĹ na gĹowÄ, Melwinie? Pan Quarendon objÄ
Ĺ jÄ
w póŠi pocaĹowaĹ w policzek. â Nie martw siÄ, staruszko! KupiĹem go niemal za darmo. Ale nie jest to zwyczajny zamek. Trzysta lat temu popeĹniono w nim zbrodniÄ doskonaĹÄ
i do tej pory nikt nie wie, co siÄ staĹo z nieboszczkÄ
i czy zbrodniÄ tÄ na pewno popeĹniono. A to znaczy, Ĺźe jeĹźeli chcÄ na serio potraktowaÄ moje wĹasne plany, QUARENDON PRESS ma tam coĹ do roboty. â JeĹźeli bÄdziesz chciaĹ kupiÄ kaĹźdy zamek, w ktĂłrym kogoĹ zabito, czeka mnie na staroĹÄ sprzÄ
tanie pokoi hotelowych. NaprawdÄ, nic innego nie umiem robiÄ. Moja babka zawsze mĂłwiĹa, Ĺźe mÄĹźczyĹşni tracÄ
rozum, kiedy zaczyna im siÄ za dobrze powodziÄ. â Do tej pory nie miaĹaĹ powodu do narzekania â pan Quarendon rozeĹmiaĹ siÄ. â Ten zamek to nasz krĂłlik doĹwiadczalny. Za parÄ tygodni ĹciÄ
gnÄ tam maĹÄ
grupkÄ znanych w caĹym kraju bardzo ciekawych ludzi: naszych najpopularniejszych autorĂłw i inne autorytety w dziedzinie zbrodni. BÄdziemy tam ĹwiÄtowali wydanie piÄciomilionowego egzemplarza ksiÄ
Ĺźek Amandy Judd, a później wszyscy zasiÄ
dÄ
do rozwiÄ
zywania zagadki zamku. To bÄdzie cudowna historia, Saro. Najwspanialsze umysĹy Anglii na tropie morderstwa popeĹnionego przed trzystu laty! W dodatku, ten zamek jest mroczny i straszny jak w bajce. Stoi na nagiej przybrzeĹźnej skale poĹrĂłd morza i dostaÄ moĹźna siÄ do niego z lÄ
du tylko w czasie odpĹywu. KaĹźdy przypĹyw zmienia go ponownie w wyspÄ. I gdzieĹ w nim ukryta jest zapewne kobieta zabita przez zazdrosnego mÄĹźa. Nikt nigdy nie odszukaĹ jej ciaĹa. Podanie mĂłwi, Ĺźe ona nadal tam straszy, groĹźÄ
c ĹmierciÄ
tym, ktĂłrzy pragnÄ
jÄ
odnaleĹşÄ. Prawdziwa biaĹa dama! ZaprosiĹem tam Joe Alexa, oczywiĹcie AmandÄ Judd, Beniamina Parkera ze Scotland Yardu i parÄ innych znanych osĂłb, a nawet starÄ
paniÄ
, ktĂłra napisaĹa ksiÄ
ĹźkÄ o biaĹych damach pojawiajÄ
cych siÄ w angielskich zamkach. NamĂłwiĹem teĹź Harolda Edingtona do spÄdzenia tam z nami tego weekendu. Podsekretarz stanu doda caĹej imprezie splendoru. Wszystko zacznie siÄ niewinnie. Najpierw bÄdzie to tylko zabawa, konkurs tropienia po przygotowanych z gĂłry Ĺladach. BiaĹÄ
damÄ zastÄ
pi Ĺźywa dziewczyna, a kto jÄ
pierwszy odnajdzie, otrzyma stosownÄ
nagrodÄ. Ale naprawdÄ waĹźna bÄdzie dopiero druga noc, kiedy QUARENDON PRESS po raz pierwszy spotka siÄ z prawdziwÄ
zbrodniÄ
, i to zbrodniÄ
sprzed stuleci! Pani Quarendon westchnÄĹa. â MyĹlÄ, Ĺźe zrozumiaĹam twĂłj pomysĹ â powiedziaĹa spokojnie. â Chcesz zmieniÄ system reklamy i zwiÄ
zaÄ z nazwÄ
twojego wydawnictwa rozmaite tajemnicze i mroĹźÄ
ce krew w ĹźyĹach wypadki. To prawda, nikt tego dotÄ
d nie robiĹ. Ten pomysĹ z zamkiem, z groĹşnÄ
biaĹÄ
damÄ
, z zebraniem tam grupki ludzi, ktĂłrzy tyle napisali i tyle wiedzÄ
o tajemniczych zbrodniach, to wszystko jest bardzo dobre. Na pewno bÄdzie to sensacja. Czy zaprosiĹeĹ prasÄ i telewizjÄ? â Niech mnie BĂłg strzeĹźe! â zawoĹaĹ pan Quarendon. â Wszystko by przepadĹo! Potraktowano by to jako zwykĹy trick reklamowy znanej firmy wydawniczej. Nie, niech dowiedzÄ
siÄ o tym po fakcie, niech wÄszÄ
i proszÄ
o informacje! Dopiero wtedy to ich naprawdÄ zaciekawi! PozwolÄ sobie jednak na jeden wyjÄ
tek, bo konieczny mi jest utalentowany Ĺwiadek, ktĂłry to wszystko rozgĹosi. ZaprosiĹem wiÄc pewnÄ
recenzentkÄ, uznanÄ
wyroczniÄ w sprawach literatury kryminalnej. OczywiĹcie, zaprosiĹem jÄ
jako goĹcia, a nie sprawozdawcÄ. Ale Ĺźadna rasowa dziennikarka nie moĹźe oprzeÄ siÄ takiej sposobnoĹci. No dobrze, ale skÄ
d wiesz, Ĺźe tajemnica tej biaĹej damy zostanie rozwiÄ
zana? Zawsze wierzyĹem, Ĺźe los jest po mojej stronie â powiedziaĹ beztrosko pan Quarendon i mrugnÄ
Ĺ porozumiewawczo. I jeszcze jedno â pani Quarendon wzdrygnÄ
Ĺa siÄ â a co bÄdzie, jeĹźeli ten duch naprawdÄ nienawidzi obcych, ktĂłrzy chcÄ
go odnaleĹşÄ; i ktoĹ zginie? Wiem, Ĺźe mĂłwiÄ gĹupstwa, ale jestem trochÄ przesÄ
dna. Co byĹ zrobiĹ, gdyby popeĹniono tam teraz jakieĹ tajemnicze morderstwo? â Morderstwo! â Pan Quarendon wzdrygnÄ
Ĺ siÄ mimowolnie, ale zaraz dodaĹ z uĹmiechem. â To byĹoby zbyt piÄkne! Niestety, morderstwa nie da siÄ zamĂłwiÄ za Ĺźadne pieniÄ
dze! ZaprosiĹem samych godnych szacunku ludzi. A szkoda! â RozeĹmiaĹ siÄ znowu ale natychmiast spowaĹźniaĹ. â Mam nadziejÄ, Ĺźe nie wybierasz siÄ tam? â spytaĹa jego Ĺźona. â OczywiĹcie, Ĺźe siÄ wybieram. MuszÄ to obejrzeÄ na wĹasne oczy. Tyle spraw trzeba jeszcze przemyĹleÄ, zanim ruszymy peĹnÄ
parÄ
. ĹťebyĹ siÄ nie niepokoiĹa, zaprosiĹem doktora Harcrofta. BÄdzie dbaĹ o moje tĹuste serce, kiedy nadejdÄ
chwile napiÄcia. A mam nadziejÄ, Ĺźe bÄdzie ich aĹź nadto! Tristan i Izolda teĹź pojadÄ
. OdwrĂłciĹ siÄ ku psom. â Przyda siÄ wam trochÄ morskiego powietrza, prawda? Psy uniosĹy gĹowy i odpowiedziaĹy mu spojrzeniem peĹnym bezgranicznej wiernoĹci. I âRozwiaĹa siÄ jako mgĹa i nie odnalazĹ jej nikt..â â List z QUARENDON PRESS, proszÄ pana â powiedziaĹ Higgins podchodzÄ
c do stoĹu, przy ktĂłrym siedziaĹ jego chlebodawca. Joe wziÄ
Ĺ do rÄki wielkÄ
, ciÄĹźkÄ
kopertÄ i odruchowo zwaĹźyĹ jÄ
na dĹoni. â DziÄkujÄ. Higgins skĹoniĹ gĹowÄ, wyprostowaĹ siÄ i ruszyĹ ku drzwiom. ZatrzymaĹ siÄ z rÄkÄ
na klamce. â Czy bÄdzie pan jadĹ lunch w domu? â Tak. BÄdÄ pisaĹ do wieczora, jeĹźeli nic mi nie przeszkodzi. â Czy mam odpowiadaÄ, Ĺźe nie ma pana w domu, jeĹźeli ktoĹ zadzwoni? â Tak. Z wyjÄ
tkiem panny Beacon, oczywiĹcie. â OczywiĹcie, proszÄ pana. Drzwi zamknÄĹy siÄ cicho. Joe otworzyĹ kopertÄ. WewnÄ
trz znajdowaĹ siÄ duĹźy, barwny folder z doczepionÄ
spinaczem podĹuĹźnÄ
wÄ
skÄ
, biaĹÄ
kopertÄ
, w ktĂłrej lewym rogu widniaĹ maleĹki zielony nadruk: Â QUARENDON PRESS MELWIN QUARENDON, PREZYDENT Â Joe odĹoĹźyĹ folder i otworzyĹ kopertÄ. Â âDrogi Mr. Alex, Za dwa tygodnie ukaĹźe siÄ nakĹadem nasiej firmy nowa ksiÄ
Ĺźka PaĹskiej koleĹźanki Amandy ]udd. W chwili ukoĹczenia druku liczba egzemplarzy jej ksiÄ
Ĺźek wydanych przez QUAREN DON PRESS osiÄ
gnie piÄÄ milionĂłw. ChcielibyĹmy uczciÄ ten âjubileuszâ w sposĂłb byÄ moĹźe trochÄ niecodzienny, ale moim skromnym zdaniem, najstosowniejszy, zwaĹźywszy specyfikÄ naszego wydawnictwa. Nie wyobraĹźam sobie, aby poĹrĂłd goĹci Zebranych podczas tej maĹej uroczystoĹci mogĹo zabraknÄ
Ä czĹowieka bÄdÄ
cego od lat jednym z, filarĂłw, na ktĂłrych wspiera siÄ przyjazne Zainteresowanie czytelnikĂłw powieĹci kryminalnych naszÄ
firmÄ
. Nie chcÄ rozpisywaÄ siÄ o szczegĂłĹach, gdyĹź Znajdzie je Pan w zaĹÄ
czonym folderze wraz z absolutnie autentycznym zapisem jednego z kronikarzy hrabstwa Devon. O tym wszystkim i o paru innych sprawach, ktĂłre rozwaĹźam obecnie, chciaĹbym bardzo z, Panem porozmawiaÄ i jeĹli znajdzie Pan dla mnie nieco czasu, bÄdÄ zaszczycony mogÄ
c zjeĹÄ z Panem lunch ktĂłregoĹ z najbliĹźszych dni. ByĹoby mi takĹźe miĹo, gdy by udaĹ siÄ Pan wraz ze mnÄ
do zamku, gdzie pani Amanda Judd bÄdzie nas juĹź oczekiwaĹa, gdyĹź to jej, oczywiĹcie, przypadnie rola gospodyni podczas tego spotkania..â Â Alex przesunÄ
Ĺ oczyma po kilku nastÄpnych zdaniach zawierajÄ
cych zwykĹe uprzejmoĹci i odĹoĹźywszy list siÄgnÄ
Ĺ po folder. Sp...
[ Pobierz caĹoĹÄ w formacie PDF ] zanotowane.pldoc.pisz.plpdf.pisz.plhot-wife.htw.pl
|