[ Pobierz caĹoĹÄ w formacie PDF ]
Amen, skoĹczyĹem     DzieĹ byĹ juĹź w peĹni, potoki sĹoĹca zalewaĹy miasto, gdy Jaybert Darkling wygrzebaĹ siÄ z Ĺóşka. WsunÄ
Ĺ kapcie i poczĹapaĹ do kapliczki koĹo okna. Â Â Kiedy siÄ zbliĹźyĹ, zasĹonki, ktĂłre zwykle skrywaĹy kapliczkÄ, rozsunÄĹy siÄ, a oĹtarz zaczÄ
Ĺ promieniowaÄ ĹwiatĹem. Darkling skĹoniĹ gĹowÄ, jeden raz, i powiedziaĹ: â Wszechmocni Bogowie, oto stajÄ przed Wami u progu kolejnego dnia i Wam go poĹwiÄcam. DozwĂłlcie, abym siÄ w peĹni samorealizowaĹ, dziaĹajÄ
c w myĹl Waszych praw i dÄ
ĹźÄ
c Waszymi ĹcieĹźkami. Amen. Â Â W odpowiedzi z oĹtarza ozwaĹ siÄ gĹosik cienki, wysoki, odlegĹy. â Oby tak byĹo, rzeczywiĹcie. I nie zapomnij, Ĺźe wczoraj modliĹeĹ siÄ tak samo, a potem roztrwoniĹeĹ caĹy dzieĹ na wĹasne przyjemnoĹci. â Dzisiaj bÄdzie inaczej, o Wszechmocni Bogowie. Nie zmarnujÄ ani chwili, bÄdÄ pracowaĹ w Instytucie, ktĂłry, jak Wiecie, sĹuĹźyÄ ma Waszym celom. â To doskonaĹe, synu, zwĹaszcza, Ĺźe rzÄ
d zatrudnia ciÄ wĹaĹnie w tym celu. A pracujÄ
c, rozwaĹź w swym sercu wĹasnÄ
hipokryzjÄ, ktĂłra jest wielka. â Stanie siÄ wola Wasza. Â Â ĹwiatĹoĹÄ zgasĹa, zasĹonki wrĂłciĹy na miejsce. Â Â Darkling jeszcze chwilÄ staĹ w miejscu, oblizujÄ
c wargi. Nie miaĹ nawet cienia wÄ
tpliwoĹci, Ĺźe Bogowie go szpiegujÄ
: istotnie byĹ hipokrytÄ
. Â Â SzurajÄ
c kapciami, podszedĹ do okna i wyjrzaĹ na ulicÄ. Mimo Ĺźe, jak na istotÄ ludzka, odgrywaĹ w mieĹcie niepoĹlednia rolÄ, byĹo to przede wszystkim miasto maszyn. CiÄ
gnÄĹo siÄ po horyzont, a przewaĹźajÄ
ca jego czÄĹÄ stale pozostawaĹa w ruchu. Tak chciaĹy maszyny. W wiÄkszoĹci gigantycznych budowli nigdy nie stanÄli stopa ludzka, a same budowle poruszaĹy siÄ, bo tak byĹo wygodniej. Â Â Ĺciany Instytutu lĹniĹy oĹlepiajÄ
cym blaskiem. W Ĺrodku uwiÄzieni byli NieĹmiertelnicy Darklinga. DziÄki Bogu, Ĺźe chociaĹź ten budynek siÄ nie ruszaĹ! Â Â Hipokryta, co? Z ohydÄ
i blaskiem tej myĹli borykaĹ siÄ juĹź od czasĂłw chĹopiÄcych. Bogowie dobrze o to zadbali. Â Â RozbierajÄ
c siÄ po drodze, zmierzaĹ pod prysznic. SpojrzaĹ na zegarek. Za siedemdziesiÄ
t minut moĹźe byÄ w Instytucie i dzisiaj naprawdÄ sprĂłbuje byÄ lepszym czĹowiekiem, lepiej ĹźyÄ. To siÄ bez wÄ
tpienia opĹacaĹo. Â Â SklÄ
Ĺ sam siebie za dwulicowe myĹli, ale innych nie znaĹ.    Zee Stone teĹź wstaĹ później niĹź naleĹźaĹo. Nie podszedĹ do oĹtarza w maĹym pokoju. ZataczajÄ
c siÄ w drodze do Ĺazienki, wrzasnÄ
Ĺ tylko: â Czas na poranne kĹapanie dziobem, co?   Z nieoĹwietlonej kapliczki ozwaĹ siÄ gĹos BogĂłw, gĹÄboki, ojcowski, lecz nieco oficjalny. â ĹajdaczyĹeĹ siÄ wczoraj do późnej nocy. W rezultacie dziĹ spóźnisz siÄ do Instytutu. Chyba nie potrzebujemy ci mĂłwiÄ, Ĺźe zgrzeszyĹeĹ. â PrzecieĹź wiecie wszystko â wiecie, po co to robiĹem. ChcÄ napisaÄ opowiadanie. ChcÄ zostaÄ pisarzem. A co zacznÄ, nawet jeĹli mam konspekt, wychodzi mi inaczej niĹź chciaĹem. To wasza robota, co? â Za wszystko, co dzieje siÄ w tobie, prĂłbujesz winiÄ otoczenie. W ten sposĂłb nigdy nie osiÄ
gniesz sukcesu. â Do cholery z tym wszystkim! Â Â Zee Stone odkrÄciĹ prysznic. ByĹ miody, niezaleĹźny. CzuĹ, Ĺźe mu siÄ powiedzie, i z Instytutem, i z tym pisaniem, i z tamtÄ
czarnulÄ
o şóĹtych oczach. A jednak w tym, co mĂłwili Bogowie, byĹo sporo prawdy: praktycznie nie odróşniaĹ tego, co wewnÄ
trz, od tego, co na zewnÄ
trz. Ten jego znienawidzony szef, Darkling: moĹźe Darkling jest taki wredny tylko w wyobraĹşni Stone'a? Â Â MyĹl zgubiĹa wÄ
tek. ChlapiÄ
c siÄ pod ciepĹym prysznicem, Stone rozmyĹlaĹ z powrotem o opowiadaniu, ktĂłre chciaĹ napisaÄ. Bogowie mieli nad nim wiÄkszÄ
wĹadzÄ, niĹź on nad postaciami, ktĂłre sam wymyĹliĹ.    Dean Cusack wstaĹ o przyzwoitej porze. Nie spóźniĹby siÄ do pracy, gdyby nie kĹĂłtnia z ĹźonÄ
. Poranek byt ĹwieĹźy i sĹodki; kĹĂłtnia paskudna i zatÄchĹa. â Nigdy nie zaĹoĹźymy tej farmy zrzÄdziĹa ubierajÄ
c siÄ Edith Cusack. â ObiecywaĹeĹ, Ĺźe odĹoĹźysz pieniÄ
dze i wyjedziemy na wieĹ. Ile to juĹź lat minÄĹo? I dalej, jak widzÄ, trzymasz siÄ ciepĹej, nisko pĹatnej posadki ciecia w Instytucie! â To bardzo odpowiedzialna posada â pisnÄ
Ĺ histerycznie Dean. â W takim razie ciekawe, czemu tak maĹo ci pĹacÄ
. â Zwyczajnie, nie trafiĹ mi siÄ awans   ZniĹźyĹ gĹos o póŠtonu i poszedĹ do Ĺazienki myÄ zÄby. Nie znosiĹ pretensji Edith, bo ciÄ
gle mu na niej zaleĹźaĹo; miaĹa powody, Ĺźeby siÄ ĹźaliÄ. Gdy brali Ĺlub, roztaczaĹ przed niÄ
wizje farmy na wsi. Tylko Ĺźe zawsze co tu siÄ oszukiwaÄ â zawsze byĹ tak ulegĹy, Ĺźe wszechwĹadne siĹy w Instytucie z ĹatwoĹciÄ
mogĹy ignorowaÄ jego istnienie. Â Â Ĺťona przyszĹa za nim do Ĺazienki i podjÄta dyskusjÄ dokĹadnie w tym punkcie, da ktĂłrego doprowadziĹy jÄ
myĹli Deana. â ZastanĂłw siÄ nad sobÄ
, na litoĹÄ BogĂłw! CaĹe Ĺźycie chcesz byÄ potakiwaczem? StaĹĹźe na wĹasnych nogach I PrzestaĹ wciÄ
Ĺź przyjmowaÄ polecenia! Porozrabiaj tam od czasu da czasu, moĹźe ciÄ wreszcie zauwaĹźa! â To twoja filozofia, wiem, wiem odburknÄ
Ĺ. Â Â Kiedy wyszĹa do kuchni nastawiÄ aparat na Ĺniadanie, Cusack popÄdziĹ do sypialni i uklÄ
kĹ przed kapliczka koĹo Ĺóşka. Ledwie za oĹtarzem rozjarzyĹo siÄ ĹwiatĹo, zĹoĹźyĹ dĹonie i rzeki: â Pomóşcie mi, o Wszechmocni Bogowie. Jestem nÄdznym robakiem, ona ma racjÄ, nÄdznym robakiem! Znacie mnie, wiecie jaki jestem. Pomóşcie mi â przecieĹź siÄ staraĹem, wiecie, Ĺźe siÄ staraĹem, a wciÄ
Ĺź jest Ĺşle, i coraz gorzej. Zawsze Wam wiernie sĹuĹźyĹem, jak mogĹem speĹniaĹem WaszÄ
wolÄ, nie opuszczajcie mnie, Bogowie! â Wielkie zmiany czasem najlepiej przeprowadzaÄ maĹymi kroczkami, Cusack. Musisz po kawaĹeczku budowaÄ wĹasnÄ
wiarÄ w siebie. â Tak jest, Bogowie, dziÄkujÄ Wam, tak zrobiÄ, zrobiÄ dokĹadnie tak, jak mĂłwicie â tylko... jak? â PostanĂłw sobie, Ĺźe dzisiaj choÄ raz postawisz na swoim, Cusack. Cusack pokornie bĹagaĹ o dalsze instrukcje, ale Bogowie siÄ wyĹÄ
czyli: znani byli z maĹomĂłwnoĹci. W koĹcu stróş podniĂłsĹ siÄ z klÄczek, wbiĹ siÄ w sĹuĹźbowÄ
marynarkÄ koloru brÄ
zowego, przyczesaĹ wĹosy i poczĹapaĹ do kuchni. â Nawet Bogowie mĂłwiÄ
do mnie po nazwisku â mruknÄ
Ĺ pod nosem. Â Â Â Dean Cusack miaĹ ĹźonÄ, ktĂłra obsztorcowaĹa go gdy trzeba, Jaybert Darkling i Zee Stone mieli byt zabezpieczony, co ranka brali prysznic i uĹźywali owocĂłw oraz panienek cywilizacji schyĹku dwudziestego drugiego wieku, Otto Jack Pommy zaĹ byĹ wĹĂłczÄgÄ
. OprĂłcz kapliczki na grzbiecie nie posiadaĹ wĹaĹciwie niczego   Otto miaĹ za sobÄ
ciÄĹźka noc. SzwendaĹ siÄ po zautomatyzowanym mieĹcie i dopiero o Ĺwicie trafiĹ na wygodny opuszczony dom, w ktĂłrym daĹo siÄ zdrzemnÄ
Ä. OcknÄ
wszy siÄ, stwierdziĹ, Ĺźe sĹoĹce Ĺwieci przez brudnÄ
szybÄ prosto na poplamiony materac, na ktĂłrym leĹźaĹ, po czym przez dĹuĹźszy czas tkwiĹ w nieprzyjemnej hipnozie â gĹowÄ miaĹ sĹabÄ
, a ostatniÄ
porcjÄ LSD przyjÄ
Ĺ zaledwie przed tygodniem â konstelacji plam, paskĂłw i mokrych kropek na materacu, ktĂłra tak zrÄcznie oddawaĹa obraz wszechĹwiata. Â Â Wreszcie przeturlaĹ siÄ z boku na bok i jednym szarpniÄciem otworzyĹ przenoĹna kapliczkÄ. JasnoĹÄ za oĹtarzem nie rozbĹysĹa. â Ca jest? Wy teĹź siÄ kiepsko czujecie? MyĹlicie, Ĺźe siÄ bÄdÄ modliĹ, jak Wy nawet nie raczycie po dawnemu zaĹwieciÄ ĹwiatĹa? Bogowie! ChrzaniÄ BogĂłw! â Synu, sam wiesz, Ĺźe dobrÄ
kapliczkÄ sprzedaĹeĹ, a ten tutaj to tani, lichy egzemplarz, ktĂłry nigdy porzÄ
dnie nie dziaĹaĹ. Lecz tak jak my przybywamy do ciebie poprzez niedoskonaĹe narzÄdzie, tak i ty sam jesteĹ niedoskonaĹym narzÄdziem do peĹnienia naszej woli. â Wiem, do cholery, grzeszyĹem! SĹuchajcie no, Bogowie, Wy mnie znacie: najlepszy moĹźe nie jestem, ale sÄ
gorsi ode mnie. Dajcie Wy mi ĹwiÄty spokĂłj, dobra? Czy kogoĹ kiedyĹ wykorzystaĹem? PamiÄtacie, jak byĹo w przed â Boskiej ksiÄdze: âBĹogosĹawieni cisi, albowiem oni na wĹasnoĹÄ posiÄ
dÄ
ziemiÄâ? I co Wy na to? Â Â Bogowie wydali odgĹos wielce zbliĹźony do ludzkiego fukniÄcia. â Cisi! Otto Pommy, jesteĹ najzarozumialszym dziadem jaki kiedykolwiek ubliĹźyĹ nam modlitwÄ
! SprĂłbuj zachowywaÄ siÄ dzisiaj trochÄ mniej bezczelnie. â Dobra juĹź, dobra. ZaleĹźy mi tylko, Ĺźeby iĹÄ zobaczyÄ Ojca w instytucie. Amen. â I kup nowÄ
bateriÄ do oĹtarza. Czy naprawdÄ nie ma w tobie za grosz szacunku! â Amen, powiedziaĹem! Amen i koniec. Â Â Â Instytut BadaĹ nad NieĹmiertelnoĹciÄ
zajmowaĹ obszar kilku akrĂłw w centrum miasta, w przeciwieĹstwie do stacji kosmicznych, ktĂłre zawsze sytuowano poza obrÄbem miast. DawaĹo to Jaybertowi Darklingowi staĹy asumpt do pogawÄdek z niektĂłrymi szefami Instytutu. â To fakt symboliczny â podlizywaĹ siÄ. â CzĹowiek prze na zewnÄ
trz, wciÄ
Ĺź od siebie â tak przynajmniej postÄpujÄ
nasze maszyny â podczas gdy ta, co istotne, leĹźy w Ĺrodku. Jak to ujÄ
Ĺ jeden z mÄdrcĂłw dwudziestego wieku: musimy badaÄ przestrzeĹ wewnÄtrznÄ
. Wyrazem tej potrzeby jest fakt, Ĺźe choÄ tak cenne dla nas stacje kosmiczne znajdujÄ
siÄ poza miastami, to dla tego wielkiego, metafizycznego kompleksu badawczego znaleĹşliĹmy miejsce w samym centrum ludzkich spraw. Â Â SĹusznie czy nie, powtarzaĹ to tak czÄsto, Ĺźe przewaĹźajÄ
ca czÄĹÄ wĹadz przestaĹa poruszaÄ temat.   Tego piÄknego ranka, nim zasiedl do papierkowej roboty, Darkling udaĹ siÄ na pobieĹźna inspekcjÄ zakĹadu. Na ogóŠwszystkiego doglÄ
daĹy roboty i maszyny, lecz za opiekÄ nad NieĹmiertelnymi i ich dopilnowanie odpowiadaĹ osobiĹcie. W drodze do pierwszego Pawilonu Wilgoci stwierdziĹ z pewnym niezadowoleniem, Ĺźe mĹody Zee Stone tkwi juĹź na posterunku i flirtuje z filigranowÄ
blond sekretarkÄ
. â Stone! â SĹucham pana. Â Â Razem wkroczyli do hallu Pawilonu Wilgoci, naciÄ
gajÄ
c po drodze gumowce i wodoszczelne kombinezony. Â Â W Pawilonie Wilgoci pĹawili siÄ NieĹmiertelni. Instytut utrzymywaĹ ich tysiÄ
ce. W hali pierwszej przebywaĹo okoĹo dwudziestu. WiÄkszoĹÄ bez ruchu. Â Â W pomieszczeniu niezmiennie utrzymywano temperaturÄ siedemdziesiÄciu dwĂłch stopni Fahrenheita. Z wysokiego sufitu mĹźyĹy prysznice. Z licznych kurkĂłw wzdĹuĹź Ĺcian chlustaĹa woda, zlewajÄ
c siÄ po kafelkach posadzki do sadzawki, zajmujÄ
cej poĹowÄ
powierzchni podĹogi. W centrum sadzawki biĹy fontanny. ChĹodne strumienie powietrza, ktĂłre wpadaĹy do wnÄtrza na wysokoĹci sufitu, powodowaĹy miejscami powstawanie mikroskopijnych chmurek i nieoczekiwanych wyĹadowaĹ atmosferycznych, wywoĹujÄ
cych zmiany obrzÄkowe.
  NieĹmiertelni stali lub leĹźeli w strugach wody niczym posÄ
gi. Wielu spoczywaĹo na spadzistej cembrowinie sadzawki: na wpóŠzanurzeni, wpatrywali siÄ bez zmruĹźenia powiek w jakieĹ odlegĹe scenerie. Spieniona oddolnym ciĹnieniem woda falowaĹa wokóŠich koĹczyn.   Lecz widok samych NieĹmiertelnych kazaĹ myĹleÄ o suszy. Nikt z przebywajÄ
cych tu mÄĹźczyzn i kobiet nie miaĹ mniej niĹź sto osiemdziesiÄ
t lat. Przypominali oheblowane deski z niezwykle wyraĹşnym sĹojowaniem, gdyĹź skĂłrÄ ich znaczyĹy dziwaczne meandry i linie uwaĹźane potocznie za znamiona nieĹmiertelnoĹci. Z chwilÄ
, gdy przyjÄli pierwszÄ
seriÄ zastrzykĂłw ROA, proces starzenia postÄpowaĹ bĹyskawicznie: skĂłra marszczyĹa siÄ i wysychaĹa, wypadaĹy wĹosy, kurczyĹy siÄ koĹci. Nabierali wyglÄ
du i postury mumii. Â Â Ta faza juĹź u nich minÄĹa. Stopniowo przekraczali barierÄ staroĹci. SkĂłra rozprostowaĹa siÄ na nowo i wygĹadziĹa w szczegĂłlny sposĂłb, nabierajÄ
c dziwacznej wzorzystoĹci dÄbowej deski. Â Â Takie byĹy zmiany zewnÄtrzne. Zmiany wewnÄtrzne byĹy nieporĂłwnanie wiÄksze. â O czym dzisiaj myĹlisz, Palmer? zapytaĹ Darkling jednÄ
z figur pĹawiÄ
cych siÄ na cembrowinie sadzawki. PrzykucnÄ
Ĺ w swoim wodoszczelnym kombinezonie i zbliĹźyĹ twarz do oblicza Palmera, poznaczonego brÄ
zowymi i czarnymi sĹojami, jak gdyby czas odbiĹ na nim swĂłj odcisk palca. Nim Palmer zaczÄ
Ĺ odpowiadaÄ, upĹynÄĹa krĂłtka chwila, jak gdyby pytanie musiaĹo powÄdrowaÄ na Marsa i z powrotem, nim dotarĹo do jego mĂłzgu. â ĹledzÄ tok myĹli, ktĂłra mnie zajmowaĹa jakieĹ szeĹÄdziesiÄ
t lat temu. Nie tyle tok wĹaĹciwie, co wÄzeĹ myĹli. Â Â PoniewaĹź Palmer zamilkĹ, Darkling zmuszony byĹ mu podpowiedzieÄ: â A ta myĹl...? â Nie potrafiĹbym ujÄ
Ä jej w sĹowa. To raczej... cieĹ niĹź myĹl. NiektĂłrzy z nas dyskutowali tutaj nad koncepcja jÄzyka kolorĂłw. GdybyĹmy siÄ posĹugiwali jÄzykiem kolorĂłw, mĂłgĹbym panu dokĹadniej powiedzieÄ o czym myĹlaĹem. â Koncepcja jÄzyka kolorĂłw zostaĹa w Instytucie przewietrzona i odrzucona na dĹugo przed mojÄ
kadencjÄ
â odparĹ Darkling tonem zasadniczym. â Ostateczny wniosek byĹ taki â i wy, NieĹmiertelni, zgodziliĹcie siÄ z nim â Ĺźe kolory ograniczajÄ
wypowiedĹş w stopniu znacznie wiÄkszym niĹź sĹowa: choÄby dlatego, Ĺźe jest ich mniej. Â Â Palmer wpakowaĹ twarz w strumieĹ wody i pozwoliĹ mu Ĺagodnie, igraÄ na wĹasnym nosie. MiÄdzy jednym zanurzeniem a drugim, rzekĹ: â Istnieje o wiele wiÄcej kolorĂłw niĹź sÄ
dzicie. Rzecz tylko w ich zarejestrowaniu. Poza tym, moja koncepcja dotyczy raczej jÄzyka uzupeĹniajÄ
cego, nie zastÄpczego, GdybyĹmy doszli do jakichkolwiek wnioskĂłw w innej z dyskutowanych tu kwestii â o tym mianowicie, aby oko mogĹo emitowaÄ ĹwiatĹo tak, jak je absorbuje jÄzyk kolorĂłw miaĹby przed sobÄ
wielkÄ
przyszĹoĹÄ. â No to powiadomcie mnie, jak coĹ wymyĹlicie. â Jasne, dyrektorze. SĹowniczek teĹź bÄdzie. Â Â PoczĹapaĹ dalej w strugach deszczu. Â Â Stone zapytaĹ: â SÄ
dzi pan, Ĺźe to owocny pomysĹ â W tej sprawie muszÄ sĹuchaÄ wyĹÄ
cznie siebie, mĂłj chĹopcze â odrzekĹ Darkling. â Dla niewprawnego umysĹu nawet najbanalniejszy pomysĹ moĹźe okazaÄ siÄ zgubny â jak pocisk z opóźnionym zapĹonem. Trzeba eksperta, aby oceniÄ jego rzeczywistÄ
wagÄ. â Przypomniawszy sobie, co mu rankiem mĂłwili Bogowie, dodaĹ, nie bez wysiĹku: â Mimo to zaryzykowaĹbym niezobowiÄ
zujÄ
ce twierdzenie, Ĺźe pomysĹ ten nie wydaje mi siÄ owocny. Â Â Spacerowali miÄdzy pĹawiÄ
cymi siÄ w wodzie ciaĹami, tu i Ăłwdzie zamieniajÄ
c po parÄ sĹĂłw. Kilku NieĹmiertelnych wystÄ
piĹo z nowymi pomysĹami, ktĂłre Darkling niezwĹocznie notowaĹ na wodoszczelnej tabliczce jako materiaĹ badawczy dla ktĂłregoĹ z ekspertĂłw. WiÄkszoĹÄ pomysĹĂłw, ktĂłre siÄ tu wykluwaĹy, nie nadawaĹa siÄ do praktycznego zastosowania w Ĺźyciu spoĹecznym; zaledwie kilka to Ĺźycie zrewolucjonizowaĹo. Â Â Instytut NieĹmiertelnoĹci byĹ niewypaĹem juĹź z zaĹoĹźenia. Proponowane tu okresy przedĹuĹźenia Ĺźycia byĹy dla wiÄkszoĹci ludzi zbyt ekscentryczne, oby siÄ mieli ochotniczo zgĹaszaÄ na NieĹmiertelnikĂłw. Ale i tak, konserwujÄ
c rozmaite stare dziwadĹa, Instytut wytwarzaĹ uĹźyteczny produkt uboczny: idee, oraz nowe wersje dawnych idei. NieĹmiertelnicy stanowili ogromnÄ
narodowa inwestycjÄ â czego rzÄ
dzÄ
cy byli w palni Ĺwiadomi. Â Â Poranny obchĂłd dobiegĹ wreszcie koĹca. Darkling i Stone udali siÄ w mniej wilgotne rejony, gdzie uwolnili siÄ z gumowcĂłw i kombinezonĂłw. â Nie bardzo siÄ ostatnio wysilajÄ
, Ĺźeby zarobiÄ na utrzymanie â skomentowaĹ Stone. â Trzeba by ich trochÄ podkrÄciÄ; ograniczyÄ dostawy wody, albo co. â Co za nieetyczny pomysĹ i nieskuteczny: prĂłbowano juĹź tego przed laty. Nie, Stone, musimy siÄ z tym pogodziÄ: oni sÄ
inni niĹź my, caĹkiem inni. Â Energicznie wytarĹ twarz rÄcznikiem, po czym dodaĹ: â NieĹmiertelni zostali odciÄci od podstawowych potrzeb biologicznych czĹowieka. Z oczywistych wzglÄdĂłw, jedyne dziedziczne potrzeby tego rodzaju to te, ktĂłre siÄ ujawniajÄ
przed reprodukcjÄ
. W przeszĹoĹci dowodzono, caĹkiem zresztÄ
dogmatycznie, Ĺźe inne biologiczne potrzeby nie istniejÄ
: Otóş dziĹ uwaĹźamy inaczej. Stwierdzamy, Ĺźe po przekroczeniu bariery uwiÄ
du starczego czĹowiek zmienia siÄ z Istoty dziaĹajÄ
cej w istotÄ myĹlÄ
cÄ
. I na odwrĂłt: my, tutaj, po zielonej stronie bariery staroĹci, jesteĹmy raczej istotami dziaĹajÄ
cymi niĹź myĹlÄ
cymi â ten poglÄ
d rĂłwnieĹź zmartwiĹby naszych przodkĂłw. Nasze myĹlenie to myĹlenie w stadium embrionalnym. Ci NieĹmiertelni sÄ
naszymi mĂłzgami. Powiem otwarcie, Ĺźe dziĹ, w stuleciu lotĂłw miÄdzygwiezdnych, nie dalibyĹmy bez nich, rady. Â Â Stone wyĹÄ
czyĹ siÄ juĹź na kilka zdaĹ wczeĹniej. SĹyszÄ
c, Ĺźe gĹos szefa zamiera, odezwaĹ siÄ, tytuĹem ogĂłlnikowej akceptacji: â No tak, trzeba by ich trochÄ podkrÄciÄ, albo co. Â Â WymyĹlaĹ swoje opowiadania. Potrzeba mu byĹo nowych postaci, mĹodych, takich, ktĂłre w ogĂłle nie musiaĹyby myĹleÄ. â Nie moĹźemy ich podkrÄcaÄ; â w tonie Darklinga zabrzmiaĹa nagĹa agresja, ktĂłra z miejsca ustawiĹa Stone'a na bacznoĹÄ. Zwierzchnik pochyliĹ siÄ z impetem w jego stronÄ, jego nikĹy wÄ
sik podrygiwaĹ przy tym, jakby ĹźyĹ wĹasnym, szataĹskim Ĺźyciem. â Najgorsze, Ĺźe ty, Stone, w ogĂłle nie sĹuchasz, co siÄ do ciebie mĂłwi. NieĹmiertelni pozostajÄ
tu wyĹÄ
cznie pod naszÄ
opiekÄ
, zapamiÄtaj to sobie: to nie jest wiÄzienie â to schronienie przed skomplikowanym Ĺwiatem zewnÄtrznym. Â Â Stone nigdy nie lubiĹ Darklinga, ani jego wÄ
sikĂłw. Przybrawszy ton spokojny i pogardliwy, rzekĹ: â Niech pan da spokĂłj, szefie, nie oszukujmy siÄ, Ĺźe oni nie sÄ
wiÄĹşniami. To zakrawa na lekkÄ
hipokryzjÄ, nie wydaje siÄ panu? Â Â MoĹźe to z przyczyny sĹowa âhipokryzjaâ twarz Darklinga poczerwieniaĹa. â UwaĹźaj, Stone! Niech ci siÄ nie wydaje, Ĺźe nie wiem, co wyrabiasz na dyĹźurach z pannÄ
Roberts. Gdyby ktĂłrykolwiek z NieĹmiertelnych miaĹ chÄÄ nas opuĹciÄ â co siÄ jak dotÄ
d nigdy nie zdarzyĹo i zdarzyÄ nie mogĹo, gdyĹź ĹźyjÄ
tu w warunkach idealnych â nie stawialibyĹmy mu Ĺźadnych przeszkĂłd. A ja sam poparĹbym jego decyzjÄ wobec wĹadz. Â Â Spojrzeli na siebie z bezradnÄ
wrogoĹciÄ
. â Ja tam nadal uwaĹźam, Ĺźe gdyby siÄ ktĂłryĹ stÄ
d wyrwaĹ, to byĹby cud â powiedziaĹ Stone. Â Â Gdy Stone wyszedĹ z pokoju, Darkling wyciÄ
gnÄ
Ĺ swĂłj kieszonkowy oĹtarzyk. W osobie Zee Stone'a byĹo coĹ, co mu kazaĹo szukaÄ duchowej pociechy. Â Â Â Otto Jark Pommy dotarĹ do Instytutu w doskonale ekstatycznym stanie rezygnacji. Rezygnacja przepeĹniaĹa go na wskroĹ i kaĹźdy jego gest brzemienny byĹ rezygnacjÄ
. Â Â WypeĹniajÄ
c kwestionariusze, ktĂłre kategorycznie musiaĹ wypeĹniÄ przed rozmowa z NieĹmiertelnikiem, przechodzÄ
c badania lekarskie i kontrolÄ ukĹadu siatkĂłwki, koncentrowaĹ uwagÄ na licznych absorbujÄ
cych systemach w czasoprzestrzeni, ktĂłre pomagaĹy mu utrzymywaÄ siÄ w nastroju niezakĹĂłconej rĂłwnowagi ducha. Wiele uniwersalnych znaczeĹ wydobywaĹ zwĹaszcza z noska lewego buta, a jeszcze dokĹadniej â ze zgiÄcia miÄdzy noskiem a resztÄ
buta. Do chwili, gdy mu zezwolono na widzenie z krewnym w Pawilonie Wilgoci, Otto doszedĹ do wniosku, Ĺźe wprawne oko potrafiĹoby z rys w zagiÄciu zĹoĹźyÄ kompletnÄ
historiÄ wszystkich podróşy, ktĂłre odbyĹ w tej konkretnej parze butĂłw. Prawy but zdawaĹ siÄ znacznie oglÄdniej ujawniaÄ wĹasne dzieje niĹź lewy. â Szanowanie, Ojczulku Palmer! To ja, Äpacz. PamiÄtasz mnie jeszcze? Dwa lata minÄĹy!   NastÄ
piĹ pewien baĹagan w chronologii pokoleĹ. Otto byĹ w istocie ni mniej ni wiÄcej tylko pra-pra-pra-prawnukiem dawno zmarĹego brata Palmera Pommy, a wiÄc tytuĹ âOjczulekâ byĹ w tym wypadku oznakÄ
szacunku, ale i lekkiej drwiny. Mimo swych dwustu lat i urody zebry, Palmer wyglÄ
daĹ mĹodziej niĹź oberwany, wÄ
saty Otto. Tylko jego gĹos zdradzaĹ, Ĺźe pĹawi siÄ w lagunach znacznie odleglejszych niĹź te, do ktĂłrych Otto kiedykolwiek dotrze. â JesteĹ moim najbliĹźszym ĹźyjÄ
cym krewniakiem, szĂłstej generacji mojego brata. Nazywasz siÄ Otto Jack Pommy. OgoliĹeĹ siÄ od czasu naszego ostatniego spotkania. Â Â Otto zaniĂłsĹ siÄ peĹnym sympatii Ĺmiechem. â Ty jeden potrafisz to zauwaĹźyÄ! WyciÄ
gnÄ
Ĺ rÄkÄ i uĹcisnÄ
Ĺ dĹoĹ Palmera: byĹa obrzÄkĹa i zimna, lecz Otto nie wzdrygnÄ
Ĺ siÄ nawet. â Jak ja was lubiÄ, cholernych NieĹmiertelnikĂłw! JesteĹcie strasznie Ĺmieszni! Nie wiem wĹaĹciwie, czemu was czÄĹciej nie odwiedzam. â Bo jesteĹ wierniejszy zasadzie niestaĹoĹci niĹź jakiemukolwiek czĹowiekowi â to dlatego. Poza tym, nie odpowiada ci klimat Domu Wilgoci. â Tak, to byĹ jakiĹ powĂłd, chociaĹź o nim akurat nie myĹlaĹem. Â Â ZamilkĹ, zajÄty kontemplacjÄ
twarzy Palmera. DoszedĹ do wniosku, Ĺźe jest to twarz kartograficzna. Ĺlady staroĹci, zmarszczki, wklÄĹniÄcia i faĹdy byĹy na niej kiedyĹ rĂłwnie realne jak nieregularnoĹci pagĂłrkowatych terenĂłw: teraz pozostaĹy jedynie abstrakcjami, jak kontury na mapie. â Masz kartograficznÄ
twarz â powiedziaĹ. â To nie jest mapa mojego wnÄtrza; nie noszÄ serca na twarzy. â A wiÄc mapa czasu? Izobary, secobary, co tam jeszcze? ZdekoncentrowaĹ siÄ. WiedziaĹ, dlaczego wszyscy nienawidzÄ
NieĹmiertelnych, dlaczego nikt nie chce zostaÄ NieĹmiertelnym, chociaĹź ich wielkie zasĹugi dla wspĂłĹczesnych nie pozostawiaĹy wÄ
tpliwoĹci. NieĹmiertelni byli zanadto inni: dziwnie wyglÄ
dali, dziwnie siÄ z nimi rozmawiaĹo â tyle tylko, Ĺźe on, Otto, wcale tego tak nie odbieraĹ. On ich kochaĹ â a moĹźe tylko Palmera. Â Â Nie znosiĹ tylko Pawilonu . Wilgoci z jego nieustajÄ
cym wodotryskiem. Otto byĹ wrogiem wody. RozmawiaĹ teraz z Palmerem â a raczej patrzyli sobie sennie w oczy, jak to mieli w zwyczaju â w jednym z pokoi goĹcinnych, gdzie woda nie byĹa widoczna. Palmer byĹ szczelnie owiniÄty szlafrokowatÄ
szatÄ
, z ktĂłrej jego wiekowa tatuowana gĹowa i prÄ
Ĺźkowane nogi wystawaĹy, jakby dodane po namyĹle. UĹmiechaĹ siÄ: w ciÄ
gu ostatnich stu lat uĹmiechaĹ siÄ tak szeroko moĹźe : dziesiÄÄ razy; lubiĹ Ottona, poniewaĹź Otto go bawiĹ. ByĹ dumny ze swego dawno zmarĹego brata, kiedy patrzyĹ na jego pra-pra-pra â prawnuka. â JakoĹ znosisz to nasze posiedzenie, bez wody? â zapytaĹ Otto. â W ogĂłle nie boli. BĂłl w ogĂłle nie boli. â Nigdy nie potrafiĹem zrozumieÄ waszego upodobania do wody. Ciekawe czy wy, NieĹmiertelnicy, sami je rozumiecie? Â Â Palmer na chwilÄ straciĹ kontakt z rozmĂłwcÄ
. â Róşnica miÄdzy âczujÄ bĂłlâ i âboli mnieâ. NaleĹźaĹoby wprowadziÄ termin poĹredni na oznaczenie âdobrowolnego bodĹşca bĂłlowegoâ. â Upodobanie do wody, Ojczulku. â Nie, to nie... Ach, woda... To juĹź zaleĹźy, co rozumiesz âprzez zrozumienieâ, Otto. Ĺťycie odnawia siÄ w wilgoci i Ĺluzie. Podstawowe zalÄ
Ĺźki egzystencji â przynajmniej do czasu pojawienia siÄ mojego gatunku â pĹawiĹy siÄ w wilgoci. Pochwa, nasienie, Ĺono â niech to diabli, juĹź prawie nie pamiÄtam zjawisk, ktĂłre te sĹowa oznaczajÄ
... LudzkoĹÄ wywodzi siÄ z morza, poczyna siÄ i rodzi w sĹonych pĹynach, rozpada siÄ zaĹ nie w pyĹ i prochy, lecz w Ĺluz i sok. Z wyjÄ
tkiem, oczywiĹcie, nas, NieĹmiertelnych. My nie poszliĹmy spaÄ kiedy naleĹźaĹo i stÄ
d, sÄ
dzÄ, nasze straszliwe, neurotyczne pragnienie wody i niezastÄpowalnych pĹynĂłw, ktĂłre niegdyĹ przynaleĹźaĹy naszej kondycji. â Nie poszliĹcie spaÄ kiedy naleĹźaĹo? Nigdy nie myĹlaĹem o grobie jako sposobie zaspokojenia ludzkich dÄ
ĹźeĹ... â DĹugowiecznoĹÄ to strefa, w ktĂłrej pragnienia czÄĹciowo metafizyczne zastÄpujÄ
wiÄkszoĹÄ innych pragnieĹ. Â Â Palmer przymknÄ
Ĺ wiekowe oczy, by tym lepiej ogarnÄ
Ä pustyniÄ bezĹmiertelnoĹci, przez ktĂłrÄ
wiĂłdĹ szlak jego gatunku. â MĂłwisz, jakbyĹ byĹ caĹkiem wyschĹy od Ĺrodka. A przecieĹź krew twoja wciÄ
Ĺź krÄ
Ĺźy, nie mniej pĹynna niĹź wszystkie oceany Ĺwiatu, mam racjÄ? â Krew nadal krÄ
Ĺźy, Otto... SuchoĹÄ zaczyna siÄ wĹaĹnie poniĹźej tego poziomu. Pragniemy tego, czego nie mamy. To moĹźe nie byÄ zagĹada, ale manifestuje siÄ w postaci wiecznie wartkiego strumienia wody. â Woda, woda, niczego wiÄcej nie widzicie! Trzeba wam zmiany krajobrazu. â Ja juĹź nie pamiÄtam twojego Ĺwiata, Otto, z jego tĹokiem, zmianami, poĹpiechem. Â Â Otto emocjonowaĹ siÄ coraz bardziej. PoczÄ
Ĺ strzelaÄ palcami, a w okolicy lewego policzka ujawniĹ mu siÄ interesujÄ
cy tik. â Oj, Palmer, Palmer, ty stary idioto! To taki sam mĂłj pieprzony Ĺwiat, jak i twĂłj. WypisaĹem siÄ z kultury maszyn tak samo gruntownie jak i ty. Jestem Äpaczem â sam nieĹşle znam nurt ciemnych wĂłd, o ktĂłrych mĂłwisz. A ciebie, Palmer, kocham i chcÄ ciÄ stÄ
d wydostaÄ. To jakieĹ cholerne wiÄzienie. Â Â Palmer przewrĂłciĹ oczami i z wolna ogarnÄ
Ĺ wzrokiem pokĂłj dookoĹa. ZaczÄ
Ĺ drĹźeÄ, jakby w jego wnÄtrzu wĹÄ
czyĹ siÄ jakiĹ wiekowy motor. â Jestem wiÄĹşniem â szepnÄ
Ĺ. â To dlatego, Ĺźe myĹlisz, Ĺźe nie ma dokÄ
d pĂłjĹÄ. Mam ja dla ciebie miejsce, Ojczulku! Idealne miejsce, nie dalej jak dwadzieĹcia mil stÄ
d. Moi kumple â banda szajbusĂłw, co do jednego, mierzyli wysoko, ale bezpiecznie, sĹowo honoru â krĂłtko mĂłwiÄ
c, trafiĹ nam siÄ stary basen. Kryty. DziaĹa jak trza. Ĺpimy po kabinach. Ciebie byĹmy umieĹcili w pĹytszym koĹcu. ByĹbyĹ w domu. W prawdziwym domu I Tam by ciÄ rozumieli. Nowe twarze, nowe myĹli. CaĹa scenografia specjalnie dla ciebie. Zabieram ciÄ stÄ
d. W tej chwili! â Otto, ty oszalaĹeĹ! Ja tu jestem wiÄĹşniem! â Ale chciaĹbyĹ! ChciaĹbyĹ? Â Â Jego oczy bywaĹy czasem szkliste i bez wyrazu, jak wzorzysty dywan; teraz patrzyĹy i ĹźyĹy naprawdÄ. â ChociaĹź na troszkÄ... WyrwaÄ siÄ... â No to chodĹşmy! Nic ci wiÄcej nie potrzeba ! Â Â Palmer rozpaczliwie uchwyciĹ siÄ jego rÄki. â Powtarzam ci, Ĺźe jestem wiÄĹşniem. Nigdy nie dadzÄ
mi wyjĹÄ. â Szefowie? PrzecieĹź to jest konstytucyjne prawo: moĹźesz wyjĹÄ kiedy ci siÄ zechce. RzÄ
d pĹaci. Ty nikomu, nie jesteĹ winien zĹamanego szelÄ
ga. â Przez pĂłĹtora wieku Ĺźaden NieĹmiertelny nie przekroczyĹ progu Instytutu. To byĹby cud. â BÄdziemy siÄ modliÄ o cud! PotrzÄ
sajÄ
c gĹowÄ
na znak, Ĺźe nie chce juĹź sĹyszeÄ ani sĹowa protestu, Otto odpiÄ
Ĺ z plecĂłw swojÄ
tandetnÄ
kapliczkÄ i ustawiĹ jÄ
przed sobÄ
na stole. OtworzyĹ, rÄ
bnÄ
Ĺ w skrzynkÄ dĹoniÄ
, kiedy ĹwiatĹo znĂłw nie chciaĹo rozbĹysnÄ
Ä, wzruszyĹ ramionami i przybraĹ pozÄ, ktĂłrÄ
Palmer uznaĹ za pozÄ szacunku. RozpoczÄ
Ĺ modĹy. â O Bogowie, przepraszam, Ĺźe zawracam Wam gĹowÄ dwa razy dziennie! Tu Wasz stary przyjaciel i utrapienie, Otto Jack Pommy w ataku czoĹobitnoĹci. PamiÄtacie moĹźe, Ĺźe kiedy siÄ do Was zgĹosiĹem zaraz z rana, zarzucaliĹcie mi arogancjÄ. PamiÄtacie? Â Â Nie byĹo odpowiedzi. Otto ze zrozumieniem pokiwaĹ gĹowÄ
. â W niebie nie ma gadu-gadu. Tak powinno byÄ. Jasne, Ĺźe pamiÄtacie. ChciaĹem Wam powiedzieÄ, Ĺźe juĹź nigdy nie okaĹźÄ arogancji a w zamian za to bĹagam Was, Wszechmocni Bogowie, o jeden drobny cud.   Z ciemnoĹci za oĹtarzem popĹynÄ
Ĺ beznamiÄtny gĹos: â Bogowie siÄ nie targujÄ
. Â Â Otto chrzÄ
knÄ
Ĺ i uniesieniem brwi daĹ Palmerowi znak, Ĺźe chyba nie pĂłjdzie gĹadko. â Naturalnie. Na Waszych stanowiskach to caĹkiem zrozumiaĹ, o Bogowie. Dlatego, o Bogowie, modlÄ siÄ do Was o jeden, jedyny maleĹki cud, o wiÄcej nie poproszÄ â zaczekajcie, wytĹumaczÄ Wam... â CudĂłw nie ma, sÄ
tylko sprzyjajÄ
ce zbiegi okolicznoĹci. â Ĺwietnie sformuĹowane, o Bogowie, w takim razie bĹagam Was o jeden drobny sprzyjajÄ
cy zbieg okolicznoĹci, krĂłtko mĂłwiÄ
c, pozwĂłlcie mi wydostaÄ kochanego starego Ojczulka z tego cholernego Instytutu! Tylko tyle! Tylko tyle! Ale za to, przysiÄgam Wam, bÄdÄ pokorny po kres swoich dni. WysĹuchajcie mojej modlitwy, o Bogowie, gdyĹź w Waszych rÄkach jest moc i chwaĹa, a jesteĹmy na siebie wzajem skazani na wieczne czasy. Amen. Â Â Bogowie odpowiedzieli: â JeĹźeli chcesz usunÄ
Ä NieĹmiertelnego, uczyĹ to w tej chwili. â Ach! â Otto chwyciĹ kapliczkÄ w objÄcia i z rozmachem ucaĹowaĹ oĹtarz. â Kochani jesteĹcie! Tyle dobroci dla starego Äpacza! ObiecujÄ, Ĺźe bÄdÄ rozgĹaszaĹ ten cud za granica i po kres swoich dni strzec bÄdÄ prawdy i sprawiedliwoĹci, i kupiÄ nowa bateriÄ do lampki oĹtarza. Amen, o czcigodni, amen, skoĹczyĹem! Â Â OdwrĂłciĹ siÄ do Palmera z bĹyszczÄ
cymi osiami i zapiaĹ paski kapliczki na plecach. â No! I co ty na to? Skoro Bogowie sÄ
z nami, cywilizacja dwudziestego drugiego wieku nie zna sposobu, aby nas powstrzymaÄ! Ruszaj, Ojczulku, zajmÄ siÄ tobÄ
jak dzieckiem. Â Â PoderwaĹ NieĹmiertelnika na nogi i wyprowadziĹ z pokoju. Palmer, przejÄty i zdezorientowany, na przemian to protestowaĹ, Ĺźe nie moĹźe wyjĹÄ, to chciaĹ wychodziÄ czym prÄdzej. WĹrĂłd utyskiwaĹ Palmera i sĹĂłw otuchy Otto Jacka posuwali siÄ rozlegĹymi korytarzami Instytutu. Nikt ich nie zatrzymywaĹ, chociaĹź kilku urzÄdnikĂłw stanÄĹo po drodze i bacznie obserwowaĹo niecodziennÄ
parÄ. Â Â Zatrzymano ich dopiero przy gĹĂłwnym wejĹciu. Dean Cusack, imponujÄ
cy w swoim brÄ
zowym mundurze, wyskoczyĹ przed nich jak marionetka i zaĹźÄ
daĹ przepustek. Â Â Otto pokazaĹ przepustkÄ odwiedzajÄ
cego i powiedziaĹ: â Poznaje pan zapewne, to jeden z NieĹmiertelnych, pan Palmer Pommy. Wychodzi ze mnÄ
. Nie ma przepustki. SpÄdziĹ tu ostatnie 150 lat. Â Â Cusack od razu poznaĹ, Ĺźe oto nadeszĹa jego wielka chwila. Nigdy jeszcze nie stal oko w oko z NieĹmiertelnikiem, spotkanie wywarto na nim oszaĹamiajÄ
ce wraĹźenie, po ktĂłrym zaraz przyszĹa uderzeniowa fala zawiĹci, lÄku i innych emocji: oto staĹa przed nim istota czterokrotnie od niego starsza, ktĂłra miaĹa ĹźyÄ dĹugo jeszcze po rozpadniÄciu siÄ w proch obecnej generacji.   GĹos go na szczÄĹcie nie zawiĂłdĹ. â Nikogo nie mogÄ puĹciÄ bez przepustki, proszÄ pana. Przepisy. â Na litoĹÄ BogĂłw, co z pana za czĹowiek? Do koĹca Ĺźycia chcesz pan zostaÄ cudzym potakiwaczem? NÄdznym wykonawca poleceĹ? Patrz pan na tego NieĹmiertelnika i zapytaj pan sam siebie, czy masz pan prawo sprzeciwiÄ siÄ jego Ĺźyczeniu!   Oczy Cusacka napotkaĹy wzrok Palmera i nie wytrzymaĹy go. MoĹźe nawet nie myĹlaĹ o chwili teraĹşniejszej i teraĹşniejszych osobach, lecz o caĹkiem innej chwili, kiedy na ocenie wystÄpowaĹ ktoĹ Inny, kto gĹosem jeszcze bardziej przenikliwym zarzucaĹ mu dokĹadnie to samo.   Kiedy znĂłw podniĂłsĹ wzrok, powiedziaĹ: â Ma pan racjÄ, proszÄ pana. PuszczÄ kogo mi siÄ spodoba. Nie po to siÄ urodziĹem, Ĺźeby wykonywaÄ rozkazy pan Darklinga. Jestem panem samego siebie i kiedyĹ zaĹoĹźÄ maĹÄ
farmÄ na wsi. PrzechodĹşcie, panowie! Gdy przechodzili, zasalutowaĹ.   Ledwie mknÄli mu z oczu, Cusack poczuĹ silne skrupuĹy. WykrÄciĹ numer telefonu swojego zwierzchnika, Zee Stonne'a i poinformowaĹ go, Ĺźe jeden z NieĹmiertelnych wyszedĹ z Instytutu. â ZajmÄ siÄ tym, Cusack â Stone gwaĹtownie przerwaĹ potok usprawiedliwieĹ stróşa. Przez chwilÄ siedziaĹ wpatrzony w pustkÄ i zastanawiaĹ siÄ, co by tu zrobiÄ z tak interesujÄ
cÄ
informujÄ
. Chwilowo odleĹźaĹa tylko do niego; wieczorem, jeĹźeli da ujĹÄ NieĹmiertelnikowi, rozniesie siÄ po caĹej planecie. ByĹa to informacja niezwykĹej wagi: jak dotÄ
d Ĺźaden NieĹmiertelny nie odwaĹźyĹ siÄ przekroczyÄ bram instytutu. Taka wiadomoĹÄ z pewnoĹciÄ
ĹciÄ
gnÄĹaby na Instytut bacznÄ
uwagÄ i niejeden sekret ujrzaĹby ĹwiatĹo dzienne. Â Â SzczegĂłlnÄ
uwagÄ poĹwiÄcono by zapewne Jaybertowi Darklingowi. Pewnie by go wylali. I Zee Stone'a razem z nim. â A co mi zaleĹźy! â powiedziaĹ. BÄdÄ nareszcie mĂłgĹ pisaÄ, cierpieÄ, jak przystaĹo na pisarza... Â Â Stare marzenie wrĂłciĹo z nowÄ
siĹÄ
. Nie mĂłgĹ siÄ jednak do koĹca skupiÄ. WĹaĹciwie nie chciaĹ pisaÄ fikcji postacie w â fikcji sÄ
zbyt trudne. ChciaĹ... chciaĹ...   O tym moĹźna byĹo pomyĹleÄ później. Na razie miaĹ okazjÄ zaĹatwiÄ na cacy ukochanego szefa, Darklinga, wystarczyĹo umiejÄtnie pograÄ.    WÄ
sik Darklinga drgnÄ
Ĺ na wejĹcie Stone'a. â JÄ
tylko na momencik, proszÄ pana. WynikĹa pewna drobnostka, na ktĂłra pan z pewnoĹciÄ
coĹ zaradzi. Â Â MĂłwiĹ tonem tak ugrzecznionym, Ĺźe Darkling z miejsca wyczuĹ coĹ strasznego. â Lada chwila spodziewam siÄ telefonu z Dyrekcji Ekstrapolacji, prosiÄ siÄ streszczaÄ. â O, tak, bÄdÄ siÄ streszczaĹ. MĂłwiĹ mi pan z rana, sir â bardzo mnie to zaciekawiĹo â o swoim niezadowoleniu z posuniÄÄ zarzÄ
du Instytutu. â WÄ
tpiÄ, Stone, obym kiedykolwiek wygĹaszaĹ tego typu komentarze wobec podwĹadnych. â A jednak sir, a jednak. PrzecieĹź wszyscy wiemy, Ĺźe celem istnienia Instytutu jest dojenie NieĹmiertelnych z niezwykĹych pomysĹĂłw, ktĂłre nastÄpnie wdraĹźa siÄ do celĂłw praktycznych dla dobra ludzkoĹci. A tak siÄ skĹada, Ĺźe i dla dobra rzÄ
dzÄ
cych â dlatego NieĹmiertelni, ktĂłrzy tu zaczynali jako wolni ludzie, tylko dlatego, Ĺźe instytut oferowaĹ im idealne Ĺrodowisko, â dzisiaj sÄ
niczym wiÄcej jak wiÄĹşniami. â MĂłwiĹem panu... â MĂłwiĹ pan teĹź, Ĺźe gdyby ktĂłryĹ uciekĹ, pan osobiĹcie broniĹby go przed wĹadzami. â MoĹźe i coĹ takiego mĂłwiĹem. â ChciaĹbym, sir, zameldowaÄ, Ĺźe jeden z NieĹmiertelnych wĹaĹnie uciekĹ. Darkling zerwaĹ siÄ na rĂłwne nogi, z rÄkÄ
na najbliĹźszym guziku alarmu. â Ty idioto, Stone, po co ta caĹa gadka? Musimy go natychmiast ĹciÄ
gnÄ
Ä z powrotem! JeĹźeli sprawa nabierze rozgĹosu... â Twarz mu pobladĹa. PrzerwaĹ mu wpóŠzdania. â Ale sam pan dopiero co mĂłwiĹ, sir... â Praktyka modyfikuje teoriÄ przerwaĹ mu Darkling. â W takim razie to rzeczywiĹcie jest wiÄzienie, sir.   Darkling ruszyĹ na niego wymachujÄ
c rÄkÄ
. â Ty szujo przebiegĹa, wynocha z mojego gabinetu! PrĂłbujesz mnie zagiÄ
Ä, co? Znam ja takich... â WspomniaĹem tylko, co mĂłwiliĹmy o hipokryzji... ...
[ Pobierz caĹoĹÄ w formacie PDF ] zanotowane.pldoc.pisz.plpdf.pisz.plhot-wife.htw.pl
|